- O Wielka Matko! O M’tiva! - O potężna, bezustannie pogrążona w błogosławionym strumieniu wizji! Ty, który przenikasz nas swą dobroczynna energią – pomóż nam. O pomóż! - H’Er pochylał się nad małym ogniskiem, w którym spalał wonne zioła intonując monotonnie swoje jękliwe wezwanie.
Koci poruszał się z wielką ostrożnością w nieznanym terenie. Było to jego pierwsze wielkie zadanie, od którego zależało czy zostanie zaakceptowany w plemieniu, czy przejdzie swój egzamin.
Plemię F’Yrma przeżywało ciężkie czasy. Nie dość, że Ki’Enty nie pokazywały się już od dłuższego czasu, ale też nikt nie wiedział co się z nimi stało. Chodziły słuchy, że odeszły na Zachód, bo trawa rosła tam większa i bardziej zielona. Nawet króliki stały się żwawsze, trudniejsze do upolowania a i było ich jakby coraz mniej.
Jesień skracała dni, słońce grzało słabiej, zbliżały się mrozy. Wszyscy oczekiwali, że dobrze pokieruje polowaniem bo wysuszone mięso było podstawą zimowego pożywienia.
- Dlaczego właściwie wszyscy myślą, że zima będzie surowa? – chodziło mu po głowie. Nawet wielki G’Eem siedzący na bobrowych skórach przy wejściu do jaskini, miał popłoch w oczach. Przypomniał sobie rytuał jakim go powitał G’Eem.
- Marrrza!, Marrrza!, Marrrza! - powtórzył trzykrotnie. - To starożytne zaklęcie przodków zawsze było dobre dla nas! – powiedział. – Zima będzie niezwykle mroźna. Trzeba się tym zająć juz teraz. To ty się tym zajmiesz Koci. – G’Eem jak zwykle mówił krótkimi zdaniami skrobiąc się jednocześnie po włochatych łydkach swoim Roll’xem. – Rób co chcesz, masz wolną rękę. - H’Er ci pomoże.
- H’Er mi pomoże? – pomyślał Koci. – Czy on kiedykolwiek komukolwiek pomógł? – Siedzi na wzgórzu, w dymie, bredzi o duchach czy nie wiadomo o czym. Ostatnio bez przerwy zawodzi o Ko’Aczach i wzywa Wielką Matkę. Nikt nigdy nic z tego nie zrozumiał. – Czy jeden wojownik upolował choćby królika po tym wszystkim? – Nie mówiąc już o Ki’Encie?
Koci wzruszył ramionami. Lepiej skupić się na zadaniu. Tylko Marrrza się liczy! - Marrrza!, Marrrza!, Marrrza! – zaintonował. G’Eem jak zwykle ma rację. Działanie i wyniki, wyniki i działanie - taka jest, była i będzie magia G’Eema.
Wiał zimny wiatr, liście szeleściły tajemniczo, Koci złożył dłonie i zahuczał jak sowa. Znak powrotu dla drużyny. Dzisiaj z polowania nici. Za chwilę będzie ciemno i niczego nie wypatrzą. Wracali z pochylonymi głowami. Miał najlepszych myśliwych w całym plemieniu i od wielu dni wracali z niczym. – Jaka tu działa magia?
Poczuł niepokój, jakby swędzenie na karku. Klapnął się dłonią z tyłu głowy. Znał to uczucie. Nigdy nie wiedział jak, ale jak wszyscy, świetnie czuł gdy szaman chciał się z nim zobaczyć. H’Er miał dziwne metody. Rzadko coś mówił, często słowa były niezrozumiałe, ale zawsze wszyscy dokładnie wiedzieli o co chodziło gdy chciał się z kimś spotkać. – Cholerne, szamańskie sztuczki. – zdenerwował się Koci. – Nie dość, że polowanie nieudane to jeszcze i to!
H’Er czekał na niego na wzgórku przed szałasem.
- Ty być jaka forma? – szaman zawsze mówił trochę dziwnie. On nie był z plemienia. Zjawił się kilka lat temu zza Lasu. Jechał na wielkim Ki’Encie. Potem dał Ki’Enta zabić i było dużo jedzenia dla wszystkich na długie miesiące. Wyglądał też inaczej. Miał skośne oczy i krótkie pałąkowate nogi. Wszyscy z F’Yrmy byli wysocy i mieli długie, płowe włosy.
Koci wzruszył ramionami. – Ja dobra forma być! W duchu irytowała go rozmowa z H’Erem bo samoniechcąc zaczynał mówić jego językiem. – A Ty?
H’Er zignorował zaczepkę. – Ty nic nie zabić? – Ki’Enty nie być? Nie czekał na odpowiedź. – Ty iść! Ruszył przodem do swojego szałasu. Koci podążył za nim.
Kiedy weszli do środka H’Er szybkim ruchem rzucił go na twarz przed postacią siedzącą przy ognisku. Koci poderwał się do walki wyciągając z pochwy nóż myśliwski. H’Er go zignorował. – Siadać! - warknął. Koci usiadł lekko oszołomiony. H’Er też usiadł.
- Koci - Ko’Acz. Przedstawił ich sobie wzajemnie. – Mięsa nie być! – Ki’Enty i króliki nie być! Ko’Acz pomóc, ty słuchać! – z H’Erem jak zwykle nie było żadnej rozmowy. Skinął głową, oblizał językiem żółte zęby i wyszedł.
Spojrzeli na siebie. Ko’Ach uśmiechnął się. – Zamknij oczy Koci. – poprosił łagodnie. Fala niemocy pochłonęła Koci. Osunął się na ziemię a potem ogarnęła go niepamięć.
To był największy Ki’Ent jakiego kiedykolwiek oglądał. Machał ogonem potężnym jak drzewo a ogromne kły świeciły białym światłem. Wokół niego skakały stada królików. Ki’Ent wznosił się powoli w powietrze, robiło się coraz jaśniej. Pojawiła się biała mgła. Potem, powoli wszystko się rozpłynęło. Została tylko biała jasność a spoza mgły usłyszał głos – Widziałeś go, widziałeś? - Otworzył oczy.
Ko’Acz wpatrywał się prosto w niego przenikliwym, pytajacym wzrokiem. – Widziałeś go?
– Tak! - odparł niechętnie Koci. – Widziałem! Nie lubił tych szamańskich numerów. Jego świat to była dzida, nóż, mięso, młode F’Yrmiatki. Odpowiadał z ociąganiem o swojej wizji.
Ko’Acz wydawał się zadowolony. – Jutro go zabijesz. Teraz idź spać.
Trąba kołysala się na boki. Nieśli ją na zmianę. Była ogromna. Upolowany rankiem Ki’Ent był dokładnie taki jak w wizji. Największy jaki kiedykolwiek dał się zabić. Będzie jedzenia na całe miesiące. F’Yrma przetrwa zimę.
Już z daleka słyszeli bębny H’Era. Zwoływał wszystkich na wielkie żarcie. - Pewnie znowu przypisze sobie całą zasługę. – myślał Koci. Ale H’Er, zanim dorwali się do pieczonej trąby podziekował G’Eemowi i zaprosił go do głosu. G’Eem był zadowolony. Jego magia działała. Mówił krótko, podziękował Koci, błysnął Roll’xem żeby wszyscy wiedzieli kto tu rządzi i zakrzyknął - Marrrza!, Marrrza!, Marrrza! Wszyscy rzucili się na mięso.
Po uczcie Koci, syty i zadowolony, przesycony smakiem pieczeni, zbliżył się do Ko’Acza, który siedział i szeptał z H’Erem na boku. – Jak to zrobiłeś z tą wizją? - Skąd wiedziałeś gdzie szukać Ki’Enta? H’Er wstał, poklepał Ko’Acza po plecach. – Dobry Ko’Acz , silny! - Dwa Trzy-Pięć dam. – Hugh! Przeciągnął się z niespodziewaną siłą aż zatrzeszczały mu kości. - H’Er spać już! – mruknął i poszedł do szałasu.
Ko’Acz odwrócił się do Koci. – Wizja poprzedza działanie. – powiedział. - Ona nadaje mu siłę! - Wiedza była w tobie. – powtarzał tak jak nauczył go Men-Tori. Nazywał to Odbicie księżyca w jeziorze. – Nie rozumiem. – mówił wtedy Ko’Acz do Men-Tori. - Gdzie tu księżyc, gdzie jezioro? - Jak będziesz wiedział to zrozumiesz. – tak zawsze odpowiadał Men-Tori. Teraz Ko’Acz wiedział. To była magia Men-Tori.
Koci stał przez chwilę cicho. Powoli do niego dochodziło to co powiedział Ko’Ach. – Wizja poprzedza działanie.! - Wizja, wizja. – Ale to była wizja H’Era i G’Eema. – powiedział z wyrzutem. Ko’Ach spojrzał na niego uważnie. – A masz swoją? – Masz swoją wizję? – zapytał. – Mam, zawsze miałem. – z wachaniem odpowiedział Koci.
- Idziemy na polanę. - Słońce już słabnie. – To jest dobra pora. – Ko’Ach rzucał rozkazy. Koci poczuł przypływ energii. Pobiegli razem.
Ko’Acz przeliczał bobrowe skórki, które dostał od H’Era. 2 wiązki po 15! - Nieźle. - Na futro dla starej? – A może jeszcze dwa takie numery i sprawi sobie nową, młodą? - Tyle opcji! – kombinował dalej. - Niezła suma. Starczy dla całej rodziny na kilka tygodni. Wymienimy na mięso – będzie uczta.
Skrobał się po głowie. - Jak to sie stało, że Koci poleciał?, - Ja sam nie wiem jak to się robi!, - Sam chciałbym polatać!
Przypomniał sobie to co kiedyś powiedział mu Men-Tori. – Najważniejsza jest siła i zaufanie!
Ko’Acz rozmyślał dalej: - Koci wierzył, że ja wiem - miał do mnie zaufanie - I to właśnie zaufanie sprawiło, że poleciał!
Słońce zachodziło na czerwono. Koci zatoczył pożegnalny okrąg, pomachał Ko’Aczowi i odleciał. Kierował się prosto w słońce.
Leciał na Zachód!
Henryk Szmidt
Superwizor i Mentor Coach CoachWise™