O nas>Publikacje>

Noworoczne postanowienia


Henryk Szmidt

- „Jestem wrogiem noworocznych postanowień. To przecież takie dziecinne. Ci Amerykanie są jak dzieci.” – denerwowałem się rozważając żądanie/prośbę mego pierwszego coacha o spisanie listy noworocznych postanowień.
Moim coachem była super-coach coach za wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Znalazła się na mojej short list kiedy szukałem coacha dla siebie, bo była Amerykanką i  także była Master Coach, i na skutek skrzyżowania różnych moich skomplikowanych kryteriów wyboru.

Dlaczego potrzebowałem amerykańskiego coacha? To długa historia ale w skrócie najbardziej mi zależało na przejściu egzaminu i na opanowaniu do perfekcji słownika coachingowego. Jak wiadomo, nie ma lepszych w tej dziedzinie niż Amerykanie. Oni to w końcu całą rzecz, tzn coaching wymyślili.

Potrzebowałem też nauczyć się jak najwięcej technik coachingowych i dlatego szukałem coacha, który miał wiele tysięcy godzin coachingu za sobą. W klasyfikacji ICF odpowiada temu stopień MCC czyli „Miły Ciepły Coach”. Nie, pomyliłem się – to jest oczywiście „Mądry Cierpliwy Coach”, aj znowu jakiś Gremlin mi się tutaj wkręcił w klawiaturę – to jest „Master Certified Coach”. Tak, teraz dobrze. W końcu się nie dokońca tutaj pomyliłem, szukałem kogoś kto byłby zarazem mądry, cierpliwy oraz miły i ciepły.

Mój przyszły coach miał mieć wszystkie te cechy oraz mnóstwo innych, niewyrażonych i niedopowiedzianych, miał być mistrzem i matką oraz dowcipnym towarzyszem wysłuchującym mnie godzinami, pomagającym mi w wyjaśnieniu skomplikowanych meandrów jakimi moje myślenie i działanie zmierzało do celu.

Selekcja była trudna i wyczerpująca, godzinami siedziałem przed komputerem przeszukując bazę coachów na portalu International Coach Federation, zaglądałem na różne strony internetowe, porównywałem różnych coachów i dokładałem kryteria do mojej listy.
W końcu stanęło na tym, że Mój Wspaniały Coach miał mieć doświadczenie korporacyjne ale również doświadczenie operacyjne w prowadzeniu projektów w kontakcie z klientami – wierzcie mi to zmienia sposób patrzenia na świat, także studia psychologiczne – tutaj chodziło mi żeby uniknąć sytuacji w której mój coach brałby się za moją terapię – wyobrażałem sobie że jest to zadanie przekraczające siły przeciętnego śmiertelnika.

Inną cechą na której mi zależało, było doświadczenie w zakładaniu własnej firmy, poczucie humoru, inteligencja... – lista moich wymagań wydłużała się do nieskończoności aż w końcu zdałem sobie sprawę, że szukam kogoś kto jest jak dwie krople wody podobny do... MNIE!
Te studia psychologiczne – no tak, robiłem, doświadczenie korporacyjno-operacyjne – nie na darmo przesiedziałem dziesiątki lat robiąc projekty informatyczne dla różnych europejskich firm, założyłem też trzy firmy a licząc te założone wspólnie z żoną to nawet więcej, poczucie humoru i inteligencję – też mam (żem nieskromnym - Gremlinie PRECZ!)  itp, itd.
W momencie kiedy zdałem sobie sprawę, że szukam samego siebie, tylko o te kilka lat doświadczenia starszego, trochę ochłodłem, usiadłem i zanurzyłem się w przestrzeń POWAŻNEJ refleksji.
- „Chłopie!” – mówiłem do siebie, - „Co jest ważne w tej sytuacji?” – „Stopień coachingowy i marketing!”, - tak, przecież rozwijam nowy biznes i chcę doświadczonego coacha.  – „Marketing, TAK - marketing!” – chcę coacha doświadczonego w marketingu. Coacha znającego marketing tak jak ryba zna pływanie a ptak latanie. Coacha równie swobodnie poruszającego się w dziedzinie zdobywania klientów jak pszczoła odnajdująca drogę do ula lub mój syn drogę do kuchni gdy jest głodny.

Znalazłem w końcu świetnego coacha, też z Kalifornii  - tak, to TEN, pomyślałem sobie, bo jako jeden z niewielu specjalizował się w marketingu, (wielu jest coachów, którzy są specjalistami od wszystkiego i od niczego – nie budziło to mojego zaufania). Kiedy do niego zatelefonowałem robił wrażenie tak kompletnie na luzie – Amerykanie mają na to takie nieprzetłumaczalne określenie - cool Dude. Był STRASZNIE cool Dude i mówił wolno i miałem wrażenie, że przed chwilą wyszedł z basenu, i że za chwilę wróci tam z powrotem, i że ten basen i martini z lodem są jedyną rzeczą o jakiej jest w stanie myśleć w czasie rozmowy ze mną.

- Nie, to nie ten – stało się dla mnie jasne, mimo tego, że opowiadał o wielu szczęśliwie przekołczowanych (a temu kto znajdzie lepsze słowo, zaoferuję osobiście butelkę francuskiego szampana – już jest pierwsza kandydatka na butelę szampana, proponuje ona „o wielu osobach, którze szczęśliwie odbyły swój coaching”) klientach. - Być może popełniłem jakiś błąd w wyborze mojego pierwszego coacha! – myślałem kiedy nastały „chude” lata rozwoju biznesu coachingowego, ale było już za późno.

Wybrałem gwiazdę.

Nasza pierwsza rozmowa telefoniczna była bardzo przyjemna. Nigdy zreszta nie spotkałem mojej coachini (druga butelka szampana dla tego kto znajdzie właściwą odmianę rodzaju żeńskiego słowa coach), albo mojej coach w tzw. realu.
Zapytałem ją gdzie, w jakim miejscu mieszka i tu dostałem prawdziwy cios w żołądek, który zadecydował o moim wyborze.
Mówiła, że mieszka na brzegu Pacyfiku w małym miasteczku na brzegu eukalipusowego lasu. Z mojej podróży do Kalifornii pamiętałem ten wspaniały zapach, zapragnąłem wtedy mieszkać tam gdzie fale rozbijają się na skałach w drobne bryzgi, gdzie światło rozświetla pęki niedźwiedziej trawy i gdzie zapach eukaliptusowych drzew przesyca przestrzeń energią i spokojem. TAK, to była ta chwila. Decyzję podjąłem w momencie gdy po opisie raju w jakim mieszkała i po tym jak zwierzyła mi się, że właśnie wróciła z codziennego biegu po plaży, powiedziała: - Ty też tak powinieneś żyć!

Cios był celny. Dobry, skuteczny marketing – pomyślałem. – Proste i działa!

Byłem zgubiony.Wpadłem w szpony mego coacha (czy też mojej coaczini, coaczówki, coaczanny??? – podtrzymuję szampana).  Było za poźno na „cofanie się do tyłu” – musiałem zacząć „cofać się do przodu”. Słońce wolności, nieodpowiedzialności, tych szczęśliwych lekkomyślnych czasów zaszło za horyzont. Nadzieja na brak jasności, niespójność i niebranie siebie na poważnie poszła do knajpy na drinka i zapomniała o mnie zupełnie.
Zostałem z nią sam na sam. Z moją panią coach a nie z nadzieją oczywiście.

Męczyła mnie okropnie, kazała produkować tabelki  – liczyłem średnie wartości moich własnych wartości i porównywałem je miedzy sobą. Dobrze jeszcze, że nie chciała poznać odchylenia standardowego bo z moich zajęć ze statystyki nie pamiętałem wiele. Walczyłem z nią bardzo dzielnie lecz mało skutecznie bo nasz związek zaowocował - zostałem tym kim chciałem zostać – czyli Executive Coach’em - w co sam do końca, w moich intymnych labiryntach wierzyłem na jakieś 0,0001%.

Na marginesie całej tej historii bardzo mnie rozbawiła znaleziona ostatnio na Internecie recepta o tym jak zostać tym takim Coachem Dyrektorów. Autor zaczynał swój wywód stwierdzeniem, że jest to niemożliwe, bowiem, aby pracować z Dyrektorami trzeba już mieć doświadczenie w takiej pracy - inaczej szanse na zatrudnienie są żadne. Pętla się zapętlała. Jedynym racjonalnym wyjściem, jak zapewniał, było znalezienie jakiegoś starego (najlepiej umierającego) Executive Coacha, który przekaże nam swoją praktykę.

Spełniłem zatem niemożliwe.

Wymyślała też ona zupełnie absurdalne historie; w jednej z nich musiałem zamienić się w niedźwiedzia Grizzli, co bardzo pomogło mi później w wychowaniu dzieci. Ale to jest już zupełnie inna historia.

Założyłem też na skutek naszej pracy stowarzyszenie, którego celem miało być propagowanie rozwoju osobistego dla wszystkich moich sąsiadów w małym podparyskim miasteczku, które zamieszkuję. Stowarzyszenie istnieje do dzisiaj, przetrenowało już od ośmiu lat pewnie kilka setek osób i co poniedziałek o godzinie dwudziestej prowadzę tam warsztaty. 

Było również mnóstwo innych konsekwencji nasej wspólnej pracy. Nie wiem czy moja coach zdaje sobie sprawę jakie wywarła na mnie wrażenie i jaki jest impakt naszego działania, bo po serii bardzo trudnych spotkań, kiedy odmówiłem powzięcia noworocznych postanowień, kiedy rzucałem jej pod nogi najróżniejsze kłody, i  na których testując jej profesjonalizm i cierpliwość na jej najprostsze pytania bezustannie odpowiadałem – Nie wiem! –, w końcu z bólem głowy wyrzuciła mnie na bruk.

Bardzo to przeżyłem – myślę, że miała rację przerywając nasz coachingowy kontrakt. Nauczyło mnie to wiele. Jednakże do dzisiaj nie lubię i przeciwstawiam się oficjalnie jakimkolwiek próbom skłonienia mnie do powzięcia nieszczęsnych


NOWOROCZNYCH POSTANOWIEŃ (!)


które stały się bezpośrednim powodem naszego rozstania.

© Henryk Szmidt 2009
 

drukuj