Henryk Szmidt
Nazywam się Jan Lis. Jestem menedżerem, zarządzam ośmioma setkami ludzi. Podobnie jak w rzymskim wojsku, jesteśmy podzieleni na centurie. Trochę to nie odpowiada prawdzie, bo w każdej z nich powinna być setka, a liczą po 60-80 ludzi. Zresztą u Rzymian też było ich mniej. Na czele centurii stoi setnik. Każda podzielona jest na 10 kohort. Oczywiście w firmie to wszystko nosi inne nazwy, ale nie mogę ich podać, bo jakby się cała ta sprawa wydała, to możnaby nas zidentyfikować i za takie artykuły zmyliby mi głowę w Kadrach. A na to nie mogę pozwolić, bo chciałbym dalej tu pracować. I zostać. Pasjonuję się technikami przetrwania w firmie. Jak przetrwać tutaj jeszcze jeden jeden rok? Na większy horyzont czasowy mnie nie stać. Chyba jestem za mało inteligentny, ale naprawdę pomimo wielu lat wysiłków stać mnie tylko na dwunastomiesieczne planowanie. Ma to swoje zalety, bo nie trzeba myśleć o zbyt wielu sprawach naraz. W ciagu roku może wydarzyć się mnóstwo rzeczy. W ostatnim czasie, na przykład, przeżyliśmy zmianę szefa. To bardzo niebezpieczne. Nowy szef, nowe reguły gry.
Szef zarządza armią. To cztery legiony. W rzymskiej armii legionem zarzadzał trybun wojskowy wywodzący się z patrycjuszy, a kohortą - centurion wywodzący się z szeregów legionistów. U nas jest podobnie. Każdy trybun wojskowy w naszej armii musi mieć swoje MBA. Ja jeszcze nie mam, skończę je dopiero za rok, i wtedy moja pozycja w firmie bardzo się poprawi.
Ale teraz mam prawdziwy kłopot. Szef zatrudnił Nowego. Myślę, że chce go ustawić na moje miejsce.
Postanowiłem przystąpić do ofensywy i znalazłem sobie coacha. Jak zapytałem Rambo, który pracuje z różnymi coachami od wielu lat, do czego on służy, to odpowiedział: - „Coach to taki rabin dla gojów.” Trochę mu nie wierzę. Rambo należy do najskuteczniejszych menedżerów, jakich znam. Przetrwał na swoim stanowisku już wiele lat. Wychodzi z założenia, że lepiej być widzianym jako część rozwiązania, niż jako element problemu. Ma dobre wyniki i nie chce awansować. Mówi, że woli być najlepszym Krajowym Dyrektorem Sprzedaży, niż kiepskim Dyrektorem na Europę.
Chyba czytał Buckinghama. Buckingham napisał dla Instytutu Badania Opinii Publicznej Gallup książkę o tym, że lepiej wykorzystywać w pracy silne strony, niż słabe. Narobiła ona
w swoim czasie wiele hałasu.
Moja coach nosi czerwone szpilki z krokodylej skóry. Zajmowała się szkoleniem sportowców wyczynowych i ma czarny pas dżudo. Przysłał mi ją Rambo i gorąco polecił. Na pierwszym spotkaniu pokazała mi sztuczkę. Kazała stanąć naprzeciwko, wystawiła palec i zaczęła mnie pchać do tyłu. Kiedy już napiąłem wszystkie mięśnie, szybko cofnęła rękę. Poleciałem do przodu straciwszy równowagę. Wyjaśniła mi, że równowagę zachowuje się łatwiej stojąc na ugiętych nogach. Tak zaczęła swój wykład o utrzymywaniu pozycji w firmie. Nie nazywa tego wykładami, mówi, że pracujemy w „sesjach”.
Z coachem robimy dziwne rzeczy. Ostatnio polujemy na słonie. Wszystko wzięło się z tego, że nakazała mi studiować budowę i zasady działania legionów rzymskiej armii. Właściwie studiujemy razem. Ona daje mi zadania, ja się dokształcam. Ona też się dokłada. Twierdzi, że coaching jest najlepszą metodą na szybką naukę w zmieniającym się kontekście nowoczesnej firmy. Sama wygląda niesłychanie modnie, a pod elegancką fryzurą kryje sprawny jak szwajcarski zegarek, dobrze wyćwiczony mózg. Ma doktorat z biochemii… czy z czegoś podobnego.
Rzymska armia to ciężka piechota. Ustawiali ją w trzy rzędy. W pierwszym znajdowali się hastati. Byli to młodzi mężczyźni po dwudziestce. Druga linia – principes, stanowiąca zasadniczy trzon oddziałów, składała się z trzydziestolatków, trzecia zwana triari to weterani i zarazem rezerwa wzywana do walki tylko w ostateczności. Dwie centurie składały się na manipuł – podstawową jednostkę armii posiadającą własny znak – signum - noszony na czele oddziału przez specjalnego legionistę.
Rzymianie zyskiwali ogromnie na tym sposobie organizacji armii. Ich jednostki dobrze walczyły w zwarciu i z dystansu, świetnie potrafiły dostosować się do zmieniających warunków panujących na polu walki: dobre w obronie i znakomite do ataku, osobiste męstwo i mądrość oraz dobre wyćwiczenie w działaniach grupowych. Podobnie jest w nowoczesnym przedsiębiorstwie. Współpracując z coachem znajdowałem wiele analogii.
W rezultacie przeorganizowałem nasz departament, zlikwidowałem silosy kompetencyjne mieszając ekspertów z mniej doświadczonymi kolegami. Co prawda nasi weterani byli niekiedy dobrze po pięćdziesiątce, na pewno byli starsi od triari, ale walczyli całkiem nieźle. To znaczy - nie walczyli, a pracowali.
Coach mówiła, że moją silną stroną jest myślenie taktyczne i że muszę rozwinąć umiejętność myślenia strategicznego, nie mówiąc już o operacyjnym.
Zatem taktycznie zaczęliśmy od zmniejszenia tournover. To było całkiem proste. Przejęliśmy rekrutację. HR trochę się buntował, że to niby niezgodne z procesami firmy, ale w końcu postawiliśmy na swoim. W HR byli nawet zadowoleni, że jedną sprawę mają z głowy. Potem ustanowiliśmy Świętą Zasadę Nr 1, że nie ma rekrutacji z zewnątrz na wolne stanowiska menedżerskie. Tak jak w kohortach rzymskich - centurioni pochodzili z awansu i z wyboru. Zwykle zdanie ludzi pokrywało się z moim. Ludzie nie są głupi. Ja też nie. Nie na darmo nazywam się Lis. Moja Pani od polskiego w szkole mówiła, że nie jestem mądry, a sprytny. Coach nazwała to bardziej uczenie - myśleniem taktycznym.
W ramach upodabniania się do Rzymian wymyśliliśmy też logo naszego działu. Oczywiście Rzymianie to tajemnica, którą zna tylko moja coach i Rambo. Myślę, że gdyby ktoś postronny posłuchał naszych rozmów, postukałby się w głowę.
Ostatnio zajmowaliśmy się wizjami. Nie żadnymi wizjami narkotycznymi, naprawdę chodziło o jedną wizję. Mojej przyszłości za pięć lat. Męczyłem się okropnie, bo przekraczało to ustalone ramy jednorocznego myślenia. Coach powiedziała, że nie szkodzi i pogratulowała mi wysiłków. Pracując z nią, czasami czuję się jak pies Pawłowa. Ślinię się już niemalże na rozkaz, ale robota posuwa się do przodu.
Zaczęliśmy od moich trudności. Pierwszą był Nowy, a drugą komunikacja. Sprawa Nowego okazała się strasznie skomplikowana i doprowadziła nas do słoni. Dokładniej chodziło o to, jak z nimi walczyć.
Słoń to Szef. Nazywamy go Słoń, bo jest duży i nieruchawy. W rzeczywistości jest niskiego wzrostu, ale ma dużą wagę w firmie. Dużo słucha, nie działa od razu, ale jak już ruszy do akcji, to idzie jak taran. Ma dziwny uśmiech. Śmieje się tylko wtedy, gdy jest pewny swego, na chwilę przed triumfalnym ogłoszeniem swojej przewagi. Wszyscy drżeliśmy przed tym uśmiechem, a ekipa Dyrekcji wypatrywała go z obawą.
Moja coach – nazywam ją Krokodylek (od tych czerwonych szpilek z krokodylej skórki, kosztowały na pewno majątek) - zapytała mnie, z jakim zwierzęciem kojarzy mi się Szef. Powiedziałem, że ze słoniem i tak zaczęliśmy studiować walkę z użyciem słoni, bo Krokodylek ma dużą wiedzę o taktykach walki w starożytności.
Słoń został po raz pierwszy użyty na polu bitwy europejskiej gdzieś 330 lat przed naszą erą. Przedtem był używany głównie w Indiach. Odstraszał kawalerię i przerywał linie piechoty. Główną zaletą w walce były rozmiary słoni. Wojska się bały, a konie dostawały szału na ich widok.
Jednak poważnie zranione oszczepami czy strzałami lub gdy weszły na zaostrzone pale specjalnie w tym celu wbijane w ziemię - stawały się nie do okiełznania, wpadały w panikę i mogły stratować własne oddziały.
Sprytni Rzymianie coraz lepiej dawali sobie radę w walce ze słoniami. Podczas ostatniej kampanii Hanibala, w bitwie pod Zamą w 202 roku pne., druzgocąca szarża słoni została całkowicie pobawiona swojej siły, gdyż Rzymianie zwyczajnie dawali im przejście rozstępując się na boki. To mnie strzeliło. Przypomniał mi się film z Brucem Lee - „Wejście Smoka”. Zupełnie jak w starej historii Kung Fu: sztuka walki bez walczenia, unikanie frontalnego starcia i w efekcie zwycięstwo. Dało mi to wiele do myślenia.
Tam jest taka scena, gdy zawodnicy jadą dżonką na turniej. Dżonka to mały, maksymalnie 600 tonowy statek, przystosowany do żeglugi przybrzeżnej w całej wschodniej Azji. Można ją spotkać od Japonii po Filipiny. Na statku jeden z uczestników turnieju rozrabia i atakuje słabszych. Wreszcie trafia na niepozornie wyglądającego Bruce’a, prowokuje go do walki, a ten proponuje udać się na pobliską wyspę. Pierwszy wsiada do łódki prowokator i wtedy Bruce chwyta za linę i holuje łódkę za statkiem. W ten sposób zwycięża bez walki a nawet bez kontaktu fizycznego.
Cdn....................
****************************
Całkowite zwycięstwo nad słoniami odnosi Juliusz Cezar 150 lat później, w 46 roku pne.
W bitwie pod Tapsusem uzbraja on piąty legion, zwany Alaudae, w siekiery i rozkazuje legionistom ciąć słonie po nogach. W ten sposób zwycięża i słoń staje się znakiem tego legionu.

