strona główna>O nas>Publikacje>

Jestem dumny z akredytacji ACC ... i chcę PCC

 

Jestem dumny z akredytacji ACC ... i chcę PCC

 

 

Jako piętnasty lub szesnasty coach w Polsce uzyskałem akredytację International Coach Federation na poziomie ACC (Associate Certified Coach). I jestem z tego dumny.


Jak to się stało?


Gdy na początku roku 2008 zaczynałem wykonywać profesję coacha, już na wstępie wyznaczyłem sobie cel uzyskania akredytacji przed końcem roku. Uznałem, że będzie to bardzo ważne dla mnie osobiście. Jak się okazało - miałem rację, ale o tym za chwilę. W każdym razie wiele czynników zbiegło się we właściwym czasie i swój cel osiągnąłem – przy okazji chcę tutaj podziękować wszystkim, którzy pomogli mi na tej ważnej ścieżce.


Co dla mnie oznacza akredytacja?


Co uważam za tak istotne w akredytacji International Coach Federation - największego stowarzyszenia coachów na świecie – że uznałem jej osiągnięcie za niezbędne i osobiście dla mnie ważne?

Po pierwsze - trzeba się wykazać szkoleniem spełniającym wymagające kryteria ustanowione przez
tę organizację. Mogę zatem mówić moim klientom, że zostałem dobrze przygotowany do zawodu.

Po drugie - trzeba wykazać się praktyką rynkową  - minimum 75 godzin płatnych ze 100 ogółem (mówimy tu  o pierwszym poziomie ACC). Mogę zatem mówić moim klientom, że są osoby gotowe płacić za mój czas.

Po trzecie - trzeba zdać egzamin ICF (to było coś! – sesja coachingowa przez telefon z Amerykanką zastanawiającą się nad przeprowadzką na Hawaje…). Mogę więc mówić moim klientom,
że międzynarodowy ekspert sprawdził moje umiejętności.

A co mogę powiedzieć sobie? Najważniejsze jest chyba to, że uzyskanie akredytacji dało mi pewność siebie - w tym dobrym sensie świadomości swoich kompetencji i umiejętności. Pozwala mi to być dla moich klientów wspierającym i popychającym, wyrozumiałym i wymagającym, podziwiającym
i niewygodnym.
 

Co z tego mam? 


„Romek, dziękuję ci za ostatnią sesję”, „Będzie mi brakowało naszych spotkań”, „Czy możemy wrócić do tego, co robiliśmy rok temu?”. Niby niewiele, ale każdy coach wie, jak mocno odbieramy takie słowa.

Dużo łatwiej jest mi uwiarygodnić się u kupującego moje usługi klienta lub szefa HR. Dzięki akredytacji zaufanie do mojego  profesjonalizmu dostaję jakoby na starcie i zdobycie zlecenia zależy już bardziej od tajemnej „chemii” między nami.

Mam więcej klientów i przez to poznaję fascynujących ludzi i problemy, do których nie miałbym dostępu.


Co dalej?


Moja akredytacja ACC jest ważna do końca 2011. To dobry motywator do przejścia na stopień PCC (Professional Certified Coach). Muszę udokumentować 750 godzin pracy  (w tym 675 godzin płatnych), dodatkowe szkolenia, pracę z mentorem i zdać egzamin. Ktoś mógłby zapytać „Po co? Masz już przecież ACC, wystarczy odnowić”. Zgadza się, wystarczy odnowić.

Dlaczego to mi nie wystarcza? Dla samego siebie potrzebuję potwierdzenia swojej pozycji zawodowej. Obracam się wśród coachów z akredytacją PCC (Professional Certified Coach) i MCC (Master Certified Coach) i chciałbym czuć w rozmowie z nimi, że jestem „inter pares”. Ale jest też czynnik rynkowy. Każdego roku szkoli się w Polsce kilkaset, a może nawet tysiąc osób chcących wykonywać zawód coacha. Spora część z nich rzeczywiście zaczyna w tym zawodzie pracować, zaś wielu z nich będzie zaiste wspaniałymi profesjonalistami. Jeśli nie  podniosę sobie sam poprzeczki, mogą wypchnąć mnie z rynku, a na to nie mogę sobie pozwolić - za bardzo lubię to, co robię.

 

Romuald Kępa, ACC
Coach i Trener CoachWise™
 

 

Zobacz wszystkie nasze publikacje ...

drukuj

Zaufali nam:

fader

08.05.201014:37

Paweł

Slideshow